Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.

Psychocukier – Królestwo

Antena Krzyku, 2011

“Rokędrol to jest dzicz” pada w jednej piosenek i zdanie to znakomicie podsumowuje trzeci krążek w dorobku Psychocukru. Jest to ich najbardziej spójna i równa płyta, zawierająca kilka naprawdę kapitalnych kawałków i trzymająca poziom przez całe trzy kwadranse. Fajnie, że w sytuacji, w której polski rock niezależny idzie w sentymentalne rozmemłanie i podpisuje pakt ze studenckim diabłem, łódzka kapela przedstawia muzykę przebojową i charakterną. Sajko nie stawiają na aż takie ciężary, jak mój inny tegoroczny faworyt krajowy – Plum, ale są wystarczająco hałaśliwi i groovy, by zadowolić fanów garażowego łojenia, gdzieniegdzie pozwalając jeszcze na drobne “łuu-uu” czy kapkę ironicznej syntetyki. “XXX” czy “Maczeta rębajły” pulsują energią, przypominają, że rock to przede wszystkim rytm i porywają jak naprawdę mało co w tym kraju. Casus zeszłorocznego King of the Beach. Niby my tu już tylko dubstep i drony, niby prosto, niby teksty mało poważne, a chce się słuchać. Najjaśniej na Królestwie świeci “Gwiazda”, utwór fenomenalny, o chwytliwej melodii, lekko odstający od reszty swoim rozbudowaniem i antemiczną formą. Psychocukier nie patrzy na mody, gra swoje wąsate kawałki z zapałem, mrużąc oko i uśmiechając się szelmowsko. Właśnie wydał dobrą płytę. Sprawdźcie.

„Gwiazda”

Tags: Rekomendacje
Sponsored post

Ʌ – Wire Migraine

Amdiscs, 2011

Karin Dreijer Andersson przypisuje się bycie matką chrzestną witch house’u, ale poza atmosferą, tudzież wyrazistą identyfikacją wizualną, nie można było dotychczas powiązać tych dwóch zjawisk na poważnie. Do czasu premiery Wire Migraine. Debiut ukrywającego się pod pseudonimem Ʌ (czyt. Arc) muzyka czerpie z twórczości Fever Ray pełnymi garściami, w dość podobny sposób operując nastrojem za sprawą knife’owskiej produkcji bębnów oraz identycznej realizacji wokalu, przetworzonego odpowiednio, by uzyskać ten charakterystyczny, lekko niepokojący i przede wszystkim obcy akcentowo dla anglojęzycznego ucha efekt. W czym jednak tegoroczna pozycja prezentuje się lepiej, to jakość kompozycji. Wire Migraine nie wpada w pułapkę monotonii, nie stawia też na egzaltowany klimat, jak można by sądzić po intrze, gdzie syntezator zastępuje darkwave’owa miniaturka na pianinie i dość wyraźnie kontrastuje kolejne elementy, wzbogacając przestrzenne brzmienie syntezatorów echem głęboko purpurowego hip hopu czy też krótkim wtrąceniem akustyka i gitarowym ambientem stanowiącym tło dla pierwszego planu rodem z krążka How to Dress Well. Jeśli bawić się w namechecking, to czwartym do brydża z Ʌ byłoby ostatnie wydawnictwo HTRK. Wysmakowany pop w czarnych barwach, z wyraźnymi ciągotkami w stronę gotyku, ale łamiący stylistyczne bariery i w fantastyczny sposób otępiający mglistym charakterem.

Ʌ – „The Whaler”

Powiązane wpisy:

Piętnastka – Dalia

Sangoplasmo, 2010

Kaseta Piotra Kurka pod szyldem Piętnastka pełna jest ewokacyjnej muzyki budzącej do życia rozmaite wyobrażenia na temat baśniowych przygód w wyimaginowanych krainach, wioskowych podań przekazywanych z ust do ust czy też słuchanych z zapartym tchem babcinych historii. Dzieje się tak za sprawą rustykalnego brzmienia akordeonu, które zestawione z elektronicznymi manipulacjami oraz rytualistyczną perkusją owocuje płytą kojarzącą się ze ścieżkami dźwiękowymi do bajek w równym stopniu co z największymi osiągnięciami elektronicznej psychodelii. Powiedzmy, że “Salto” to takie ludowe “Oscillations”. Trudno jednak tak naprawdę Dalię z czymś porównać, a wydawnictwo ucieka od jednoznacznej klasyfikacji. Króluje na niej rytm i nostalgiczny charakter nie jest wyrażony zaledwie zwiewną mgiełką jak to często w światku bywa – zamiast eterycznych wspomnień mamy tutaj namacalny dokument. Dominuje żwawy, skoczny charakter, a kompozycyjne zabiegi podkreślają ilustracyjny charakter folktronicznych wariacji, w których dźwięki syntezatora przeplatają się delikatnymi plumknięciami cymbałków. Oczarowały mnie bez reszty te figlarne melodyjki i śmiało mogę powiedzieć, że to najciekawsza polska płyta jakiej dane mi było posłuchać w ostatnich latach. Polska nie tylko ze względu na kraj pochodzenia, ale też muzycznie, co bardzo rzadkie i wyjątkowo cenne.

Piętnastka - „Salto”

Powiązane wpisy:

Liturgy – Aesthethica

Thrill Jockey, 2011

Można śmiać się z ambicji lidera projektu, Huntera Hunt-Hendriksa, można wykpić manifest, jaki został przez niego stworzony, ale zaprzeczyć się nie da, że słów na wiatr chłopak nie rzuca. Liturgy naprawdę wykracza poza granice black metalu i tworzy nową jakość stojącą w opozycji do reszty sceny, nie skręcając jak pozostała część Ameryki w stronę płaczliwego post-rockowego przynudzania. Olbrzymia w tym zasługa Grega Foksa, niestety byłego już perkusisty, który z chirurgiczną precycją wybija rytmy takich molochów jak “Returner” czy “Generation”. Ten drugi, siedmiominutowy trans minimalistycznych motywów, wznoszących się co kilkadziesiąt sekund wyżej, zbudowany jest na przyciętych krótko zagrywkach gitary i hipnotycznej pracy bębnów, swoim brzmieniem przywodzących na myśl raczej pozycje noise rockowe. Ten ton dominuje na płycie. Bywa mniej lub bardziej metalowo, ale podwaliny są oczywiste, czarna tkanka wyziera spod szybkiego piłowania strun. Ryk jest tutaj jednak tylko ozdobnikiem a gorączkowa praca gitar nie ma na celu oddania mrocznego piękna ani grozy natury. Dzięki temu wykalkulowaniu elementów składowych udało się Liturgy na swoim drugim krążku uzyskać muzykę fascynującą zarówno instrumentalną wirtuozerią czy wymyślnymi strukturami, jak i angażującą emocjonalnie. Klasycznemu black metalowi raczej nie udaje się to pierwsze, matematycznemu łojeniu brakuje drugiego. Aesthethica ma oba i słucha się jej piekielnie dobrze.

Liturgy – „Generation”

Powiązane wpisy:

Toro y Moi – Freaking Out

Carpark, 2011

Na Underneath the Pine Toro y Moi obrał zupełnie inny kierunek niż na swoim debiucie, ale poza przewspaniałym “How I Know” i bardzo ładnym “Elise” płyta raczej nie chwyciła. Jesienny dodatek zamiast rozwijać gitarowe wątki i eksplorować organiczne tereny ponownie wywraca sytuację do góry nogami i przynosi mocno elektroniczną pozycję. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do herrenowskiego feelingu pierwszej płyty, Bundick skłania się ku szatkowaniu w stylu Maksa Tundry. Najwyraźniej słychać to w rwanym funku “Sweet”, ale każdy z pięciu utworów jest mniej lub bardziej pocięty i zmysłowość r&b skrywa pod płaszczykiem wijących się i drgających dźwięków. W pozornym chaosie przeskoków zamknięty jest dość spory taneczny potencjał, a obok wymienionych już gatunków między vintage’owymi pasażami syntezatora rezonuje wyraźnie echo house’u. W tej bardzo spójnej mieszance najsmakowiciej brzmi zamykający EP-kę kawałek “I Can Get Love” będący subtelnym mrugnięciem w kierunku dyskoteki, ale bezdyskusyjnie cała piątka lokuje się w czołówce dokonań Toro. Można nie rozumieć zachwytu jaki towarzyszy jego postaci, ale przyznać trzeba, że mało kto tak naturalnie porusza się w tylu odmiennych stylistykach. W tej syntezie czarnych trendów z estetyką glitchu prezentuje się chyba najlepiej.

Toro y Moi - „I Can Get Love”

Powiązane wpisy:

St. Vincent – Strange Mercy

St. Vincent – Strange Mercy
4AD, 2011

Smuci mnie dość słaba recepcja St. Vincent wśród czytelników. Kliknięcia zbierają płaczliwi songwriterzy i inni rozmemłani marzyciele, a tymczasem Strange Mercy, trzeci solowy album pomijanej Annie Clark pieczętuje dla mnie jej status jednej z najciekawszych artystek ostatnich lat. Nie tylko w niezależnym popie, w ogóle. Krążek może wydawać się bardzo impersonalny za sprawą niemożliwych do okiełznania ciągotek do oszlifowanego idealizmu oraz zdradzającej kulturalne obycie żonglerki pomysłami i cytatami. Nawet burzące harmonię i pozornie chaotyczne szarpnięcia za struny, pojedyncze motywy, eksplozje czy nagłe uniesienia wydają się być wkalkulowane na chłodno. To jednak żadna wada, gdy paleta brzmień jest tak interesująca. Najlepiej obrazuje to udostępniony przed premierą “Surgeon”, zachowujący wszystkie cechy dobrej piosenki, ale będący jednocześnie paradą powoli rozwijających się motywików i przerywanych linii kreślących zygzaki i spirale. Drobne fragmenty pojawiają się to w lewej, to w prawej słuchawce, wyłania się z nich nieoczekiwanie wstawka orkiestry kameralnej, znienacka wyskakuje jakiś figlarny ozdobnik, a wszystko w bardzo spójny sposób dąży do ceremonialnego zamknięcia. Clark celebruje swoją gitarę, mówiąc “nie” slackerskiemu niechlujstwu i zdaje się, że w tym progresywnym zacięciu polubić by ją mogli wąsaci wujkowie, ale przy dbałości o szczegóły i strunowym rozpasaniu udaje jej się utrzymać zwiewny i dziewczęcy charakter muzyki. Między kalejdoskopiczne “Neutered Fruit” (quasi-sternowskie fajerwerki w drugiej połowie) a napięte “Dilletante” (nagle urywające się chórki, ciarki mogą przejść!), wciska dronującą eterycznie piosenkę “Champagne Year”, gdzie jej wokal w końcu nabiera odrobiny ciepła. Równie zgrabnie, choć zgoła odmiennie klimatem, prezentuje się prowadzone skocznym beatem “Cruel”. Mógłbym zrobić listę kilkudziesięciu ulubionych momentów na tej płycie i wypisać wszystkie te smaczki, z których Clark musi być teraz niesamowicie dumna, ale wiecie co jest najważniejsze? Te poszczególne urywki składają się na świetne piosenki i niezwykle słuchalny album, do którego wiem, że będę wracać tak często jak do dwóch poprzednich pozycji.

St. Vincent – „Surgeon”

Powiązane wpisy:

Zombelle & Myrrh Kha Ba – Tropicult

Tundra Dubs, 2011

Tropicult kusi swoją barwną okładką i obiecuje podwodne przygody z małymi syrenkami albo przynajmniej grupą delfinów, ale efekt kolaboracji wokalistki, która wygląda jak gotycka koleżanka Arielki, z tajemniczym kalifornijskim producentem to muzyka o raczej ciemnym charakterze, łącząca tajemniczo-ilustracyjne linie syntezatora z odległym i wyblakłym echem rave’u. Gdy dodać do tego alarmujący sygnał w “Beach Blanket” i kompozycję zwieńczoną dubstepowym dropem, ładne i świetliste, choć niepokojące, kryształkowe ozdobniki, wokalne mgiełki “Bad Creations” dodające klimatu mocnemu basowi czy wyjęte żywcem z goth/synth popu automaty perkusyjne, to okazuje się, że warstwa wizualna nijak ma się do muzycznego horroru jaki rozgrywa się w ciągu tych dwudziestu minut. Bardziej więc kult niż tropiki, ale nie ma co się gniewać na to małe zdezorientowanie – w tych pięciu kawałkach Myrrh Kha Ba pokazuje ciekawe oblicze elektronicznego popu śmiało sięgające po dorobek efemerycznych gatunków ostatnich miesięcy, a Zombelle okazuje się wokalistką bardzo dobrze pasującą do powierzonych jej piosenek. Nieco pozytywniej duo brzmi na opublikowanym poza albumem “Bukkake Is a Feeling”.

„Beach Blanket”

Powiązane wpisy:

The Field – Looping State of Mind

Kompakt, 2011

Formuła krótkich sampli zapętlonych w kilkuminutowe kawałki zdaje się gwarantować materiał na góra jeden album, a tymczasem Axel Willner obronną ręką wychodzi już po raz trzeci. Nastąpiły dość spore zmiany w stosunku do poprzednich dokonań, przede wszystkim bardzo zauważalna jest zmiana tempa, które stopniowo opada z płyty na płytę, na Looping State of Mind dając utwory praktycznie ambientowe takie jak przedostatnie na playliście “Then It’s White” chociażby. Jakkolwiek leniwa i relaksująca jest to płyta, rytmu jednak na niej nie brakuje i początek jest dość dynamiczny. Przez pierwsze cztery utwory The Field testuje czar repetycji przedstawiając swój ożywczy tętent w nieco cieplejszej niż dotychczas barwie. Pamiętacie lodowate “Everday” z debiutu? Po tym brzmieniu zostało już tylko wspomnienie. Przestrzenna produkcja urzeka i choć muzycznie do Orchestra of Bubbles temu krążkowi daleko, w tonie wyczuwalna jest podobnie świeża nić. Szczególnie w otwierającym “Is This Power”, którego melodia kołysząca się między dość żwawym beatem należy do jednych z bardziej rześkich i podnoszących na duchu momentów w tegorocznej muzyce. Ta pozytywna aura i dźwięki sprawiające wrażenie organicznych najlepiej wypadają w sprężystym “It’s Up There”, ale równie udane jest, stanowiące minimalną odskocznię od reszty, tytułowe plumkanie wsparte dodatkowymi klawiszami. Dziesięciominutowy monolit buduje się powoli, by w trzeciej tercji wznieść się anielsko podniosłą frazą i delikatnie rozpłynąć w jednostajnym pulsie. Po nim następuje nieco konfundujący, ale bardzo ładny kwadrans wyciszenia i myśl, że jedyne do czego w przypadku Looping State of Mind można się przyczepić to kolejność utworów – spokojniejsze fragmenty można było śmiało wmieszać między techno, co poprawiłoby nieco flow. Poza tym, klasa.

The Field – „Is This Power”

Powiązane wpisy:

Robedoor – Too Down to Die

Not Not Fun, 2011

Sun Araw miał Beach Head, Pocahaunted Island Diamonds, duet Robedoor na takie nagranie w swojej dyskografii musiał poczekać jeszcze kilka lat. Oto nadeszły jednak dni, w których można śmiało powiedzieć, że granica przystępności została dumnie przekroczona przy zachowaniu wszelkich estetycznych smaczków. Too Down to Die nie idzie na kompromisy, ale zaskakuje swoją wyjątkowo przejrzystą produkcją, która przybliża słuchacza do samego serca gitarowych rytuałów. Otwierający krążek dwudziestominutowy moloch “Parallel Wanderer” snuje się całkiem zadziornie, uciekająć dość szybko z oczywistego i popularnego tematu pustyni w kierunku nieokreślonego, chaotycznego psych-rocka upstrzonego zawodzeniem czy też narkotycznie nieregularnym bębnieniem. Ta druga połowa ginie momentami w przesterze pożerającym wokale, hipnotyzuje melodiami oplatającymi się wokół niestabilnych struktur perkusji, odpływa w tematykę sci-fi za pomocą elektronicznych wstawek i jest po prostu dźwiękową orgią dla fanów dawnego Not Not Fun. Z całym szacunkiem dla ostatnich dokonań Amandy, to właśnie na takie dźwięki czekam rozpakowując kolejne paczki okraszone skrótem NNF. Album nie kończy się oczywiście na jednym utworze. Dalej Robedoor próbują mierzyć się z krótszymi formami i wychodzi im to bardzo zgrabnie, utrzymując tajemniczą atmosferę wszystkimi najlepszymi chwytami gatunku, czego żywym dowodem indeks drugi „(In The) Cybershade/Universal Migration”. Robotyczne i coraz bardziej wyraźne wokale w połączeniu z miarowym beatem nadają z kolei dwóm kolejnym fragmentom przebojowego charakteru, o ile można mówić o hitach w przypadku okultystycznego mamrotania pod nosem. W tych pięciominutowych kawałkach zestawiających magię z mieczem świetlnym dzieje się wiele konfundujących rzeczy i jeśli jeszcze zastanawiacie się u kogo są najlepsze tripy, to po przesłuchaniu tego albumu odpowiedź będzie tylko jedna.

Robedoor - „Dungeon Crossroads”

Powiązane wpisy:

HTRK – Work (Work, Work)

Ghostly International / Blast First Petite, 2011

W okresie poprzedzającym premierę Work (Work, Work), HTRK przeszło kolejną zmianę, tym razem nie tylko w kwestii dźwięków, ale też personalną. Esencja obecnie-już-duetu pozostała jednak nienaruszona. Gitary i post-punkowe struktury zastąpione zostały elektroniką, syntezatorami oraz automatami perkusyjnymi, niemniej przestrzenna produkcja wciąż podkreśla we wspaniały sposób emocjonalną pustkę wyrażaną w kolejnych kawałkach. Gwoli przypomnienia, mieszkający obecnie w Londynie Australijczycy są jednym z ciekawszych zespołów ostatnich lat i na dwóch poprzednich krążkach dowiedli, że granie depresyjnej muzyki nie musi wiązać się z tanią płaczliwością ani brzmieniową nudą. Rozciągnięty utwór otwierający odsyłać może do wciąż rozwijającej się trójkątnej fali, ale już kolejne pozycje to bardziej ukłon w stronę lat osiemdziesiątych i minimalistycznych eksperymentów z uzyskiwanym syntetycznie nastrojem. Świetne jest mechaniczne “Slo Glo”, które znakomicie wprowadza w ciężki, narkotyczny klimat reszty płyty. Zaraz po nim następuje najbardziej “przebojowy” fragment, burczące groźnie niskim basem “Eat Yr Heart” o dramatycznej linii klawiszy oraz wątłym wokalu, który ledwo co przebija się przez gęste dźwięki generatorów. Ten schorowany głos jest tutaj jednym z najlepszych elementów, dopełniając przyprawiające o ciarki przeplatającymi się tajemniczo teksturami “Synthetik” czy snujące się powoli apatycznymi dronami “Love Triangle” dodatkową warstwą utrzymaną w czarno-białej tonacji. Trzeci album to kolejny udany strzał grupy, znakomicie wpasowujący się w obecne tendencje muzyki klawiszowej, ale też wyraźnie mówiący własnym głosem i przede wszystkim pociągający swoim unikalnym charakterem.

HTRK – „Eat Yr Heart”

Powiązane wpisy:

Saori@destiny – Domestic Domain

D-topia, 2011

Ostatnia mini-fascynacja j-popem nie dziwi mnie nic a nic. Po przesłuchaniu wszystkiego co było już do przesłuchania, zachodnie inspiracje zestawione przez Japończyków w naprawdę przedziwny sposób zdają się być znakomitą odskocznią od szarej codzienności w głównym nurcie elektronicznego popu wciąż niestety zdominowanego przez śpiewających falsetem synth popowców, wielbicieli prymitywnego pierdolnięcia i inne miałkie nudy rodem z Selectora czy Free Formu. Sprawę na szczęście ratują produkcje z Kraju Kwitnącej Wiśni. O Yasutace Nakacie mówić nic nie trzeba i dzień, w którym ogłoszona zostanie premiera nowego albumu Perfume będzie należeć do najszczęśliwszych w ostatnich miesiącach, ale top-producent ma całkiem interesującego kolegę po fachu. Oonishi Terukado, opiekun Saori@destiny, również ma smykałkę do ciekawych motywów, co jednak cechuje go najbardziej, to muzyczne adhd i niemożność pozostania przy jednym stylu. Na Domestic Domain znajduje się trochę digi-funku (gitara w refrenie “Off the Wall”, burczący miło przez całą piosenkę bas, zmysłowy mostek, dzieje się!), krążek otwiera agresywna reminiscencja lat dziewięćdziesiątych i big beatowych wokaliz (zawzięta trąbka, która hula na sprężystym beacie “Beatpop” kapitalna!), “Klaxon” zaczyna się niczym “Hyph Mngo”, ale po chwili rozwija się w raczej spokojny, ale wciąż taneczny kawałek z łatką urban, o strukturze rytmicznej podwędzonej z jakiegoś egzotycznego tańca. Nie mogło zabraknąć też electrostepowego wobble’a, który trzęsie w “Gamba Japan”. Stylistyczna biegunka wychodzi jednak bardzo na plus i czwartego wydawnictwa Saori słucha się późnym latem z nieukrywaną przyjemnością.

Saori@destiny – „Beatpop”

Eleanor Friedberger – Last Summer

Merge, 2011

Rodzeństwo Friedbergerów siedem lat temu dokonało rzeczy nieprawdopodobnej i nagrało album tak bogaty w motywy, że kilkadziesiąt odsłuchów później dalej bawi mnie on niecodziennymi połączeniami, zwrotami akcji i humorystyczną warstwą tekstową. Od, mocno niedocenionego szczerze mówiąc, Blueberry Boat niestety żaden ich krążek nawet w połowie nie zbliżył się do tego poziomu, a Fiery Furnaces zamiast tryskać kreatywnością i iść w awangardzie niezależnego popu odsunęli się w cień bezpiecznego songwritingu. Z wielkim zdziwieniem przywitałem więc solowy album Eleanor, który choć do opus magnum nie ma oczywiście startu, to deklasuje śmiało wszystkie pozostałe pozycje z dorobku Piecyków i przypomina o dobrych czasach spędzonych na borówkowej łódce. Nieco zawadiacki, ale niepozbawiony ciepła styl żeńskiej połowy duetu jest nie do podrobienia, a kluczowym elementem są tutaj oczywiście opowiadane historie, wraz z którymi rozwijają się kompozycje. Last Summer tętni życiem, ale w sposób elegancki, pulsując bardziej, pozwalając falom klawiszowych dźwięków i smugom syntetycznych ozdobników przeplatać się z gracją. W pamięci zapadają najbardziej otwierający, najbardziej dynamiczny i śpiewny “My Mistakes”, długo trzymający w napięciu, prowadzony przez powtarzający się marszowy motyw “Roosevelt Island” czy “Glitter Gold Year”, w którym ciche brzdąkanie na dalszym z planów nagle staje się nagle jednym z głównych motywów, ale płyty słucha się bardzo dobrze w całości. Krótka i spójna niespodzianka od jednego z umysłów, o którym myślałem kiedyś, że zdominuje amerykański songwriting.

Eleanor Friedberger – „My Mistakes”

Junior Boys – It’s All True

Domino/Isound, 2011

Ostatni album Junior Boys mógł zawieść trochę wieloletnich fanów, ale koniec ery wątpliwości nastał wraz z premierą czwartego krążka w dyskografii Kanadyjczyków. Nowe wydawnictwo przynosi garść świeżych pomysłów aktualizujących tradycyjną formułę obraną przez duet, ale jeśli za coś chwalić, to przede wszystkim za świetne piosenki o charakterystycznym, chłodnym brzmieniu głęboko zakorzenionym w romantycznych czasach początków synth popu. Zamykające „Banana Ripple” to jeden z bardziej chwytliwych kawałków w dorobku grupy, „Truly Happy Ending” przynosi kapitalny refren, zachwyca tundrowska nerwowa galopada w „Itchy Fingers”. Najjaśniejszym punktem wydaje się być jednak odnoszące do początków muzyki klubowej, cudownie zapętlone „Kick the Can”. Z drugiej strony mamy trwające blisko siedem minut zmysłowe „Playtime” i znajdujące się na środku płyty „The Reservoir”, którego druga połowa przybrana jest pulsującym w stylu kosmische klawiszowym ozdobnikiem. Ani jednego słabego kawałka, It’s All True to Junior Boys w najlepszej formie, materiał, który można postawić na równi z klasycznymi już w naszym światku Last ExitSo This Is Goodbye.

Junior Boys – „Kick the Can”

SBTRKT – SBTRKT

Young Turks, 2011

Po udanych debiutach Jamesa Blake’a i Katy B, kwestią czasu było aż ktoś z garażowego światka ukłoni się radiowemu formatowi jeszcze niżej, ale idąc na brzmieniowy kompromis SBTRKT wcale nie sprzedał swojej duszy. Powiedzieć mogę nawet, że wyszedł na tym najlepiej, wydając krążek najbardziej interesujący ze wszystkich popowych podejść do dubstepu. Nie ma na nim tak charakterystycznych kawałków jak “Limit to Your Love”, “Katy on a Mission” czy “Night Air”, ale trudno też wskazać momenty, które chciałoby się ominąć czy wyrzucić z krążka. Debiut Aarona Jerome, bo tak naprawdę nazywa się zamaskowany producent, to jedenaście dobrych piosenek, lekkich, powiedzieć można, że wakacyjnych. Linia basu są subtelne, synkopowane rytmy nadają chwytliwości, a gościnne występy takich wokalistów jak Sampha, Jessie Ware czy Yukimi Nagano urozmaicają i tak dość zróżnicowany, odnoszący się wielokrotnie do house’u i soulu, materiał. Pierwszy z tej trójki błyszczy najbardziej, dając wspaniały popis na delikatnym, rozplumkanym “Hold On”. Żal tylko, że afrykańskie motywy kończą się wraz ze stroną wizualną, ale wielokrotne odsłuchy krążka nie pozostawiają żadnego niedosytu – bardzo udana pozycja.

SBTRKT – „Hold On”

Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.
(PRO)
No Soup for you

Don't be the product, buy the product!

close
YES, I want to SOUP ●UP for ...