Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.

Trzecie Bardo #7

Trochę czasu już minęło, moi drodzy, od publikacji ostatniej części „Trzeciego Bardo”. A tymczasem okołopsychodeliczne podziemie wrze, bulgocze i wypluwa wciąż coraz to nowe wydawnictwa rozgałęziające się w stronę coraz to nowych gatunków. Oto subiektywny przegląd moich ulubionych albumów z ostanich kilku miesięcy.

Zapewne każdy szanujący się fan psychodelicznych gitarowych jazd kojarzy formację Eternal Tapestry z Portland. Ich tegoroczny winyl, „Dawn in 2 Dimensions”, kontynuuje tradycję powolnego, wyciszonego grania rozpoczętego na zeszłorocznym „Beyond the 4th Door”, choć trafiają się ostrzejsze, szybsze momenty. Długość poszczególnych utworów rażąco się różni – od czterech do ponad dwudziestu minut, a konstrukcja najdłuższych utworów może budzić skojarzenia z progresywnymi albumami granymi przez bandę zjaranych hipisów.

Eternal Tapestry – Marrow of the Wand

Pozostając przy tematyce Eternal Tapestry, warto sprawdzić ich nietypowy, choć ciekawy split z tajemniczym projektem  Mondo Lava. Choć nazwa może kojarzyć się bardziej ze sztampowym stoner rockiem, Mondo Lava tworzy przykurzone elektroniczne kolaże w estetyce lo-fi, które przypominają bardziej późniejsze albumy Sun Araw lub sypialniane kasetowe projekty wytwórni Not Not Fun. Po drugiej stronie kasety Eternal Tapestry zapodają dwa lizergowe jamy o łącznej długości pół godziny.

Dewey Mahood, gitarzysta Eternal Tapestry, tworzy także solo pod pseudonimem Plankton Wat. Jego najnowszy album, „Spirits” to seria około-ambientowych, szamanistycznych gitarowych impresji przesiąkniętych echem i powoli rozwijającymi się psychodelicznymi solówkami, choć zdarzają się też momenty bardziej przyziemne, jak zachwycający w swej surowości „Fabric of Life”.

Plankton Wat – Fabric of Life

O ile Dewey Mahood na swoim nowym albumie okazuje lekkie inspiracje amerykańskimi prymitywistami spod znaku Johna Faheya, Robbiego Basho czy Sandy’ego Bulla, o tyle pochodzący z Filadelfii młodziutki gitarzysta Daniel Bachman czepie z tego worka pełnymi garściami, roztaczając na swoim nowym albumie „Oh Be Joyful” folkowe wizje dawnej Ameryki. Przy pomocy tak niewyszukanych  środków jak gitara akustyczna, banjo i oszczędnie użytych tu i ówdzie dronów, Bachman tworzy proste, ale trafiające w sedno melodie oddające proste, codzienne życie prostych ludzi – jak okładka, przedstawiająca wiejski cmentarzyk i biały, drewniany kościółek gdzieś pośród łagodnych wzgórz porośniętych jesiennymi lasami. Album w całości do odsłuchu na Bandcampie wytwórni Debacle Records.

Daniel Bachman – Oh Be Joyful

Nowojorski duet Blues Control przyzwyczaił już słuchaczy do niezmordowanej żonglerki gatunkami na każdej nowej płycie i systematycznemu unikaniu prób jakiejkolwiek klasyfikacji gatunkowej. Na najnowszym albumie, „Valley Tangents”, jest to zrobić trudniej niż kiedykolwiek. Nawet użycie tak ogólnego terminu jak „psychodelia” może być niebezpieczne, bo muzyka BC brzmi jak ich własne, idiosynkratyczne i pokręcone podejście do różnych gatunków. Otwierające płytę „Love’s a Rondo” to naćpana bossa nova, z kolei „Walking Robin” to dekonstrukcja chillwave’u z połamanymi perkusjami i niespodziewanymi solówkami na instrumentach tak nietypowych, jak klawesyn.

Blues Control – Love’s a Rondo

Choć imię Duńczyka Jonasa Munka fanom psychodelicznej muzyki może mówić niewiele, wystarczy, że wspomni się o formacji Causa Sui, w której gra na gitarze, a już wszystko staje się jaśniejsze. Pod własnym imieniem i nazwiskiem wydał pan Munk płytę pt. „Pan”, w której obraca się w estetyce niemieckiej progresywnej elektroniki lat 70. i berlińskiej szkoły, okraszając analogowe syntezatorowe pasaże rozświetlonymi gitarowymi solówkami, przywodząc na myśl najlepsze dzieła Manuela Gottschinga i Haralda Grosskopfa.

Jonas Munk – Schelling

Kto jeszcze nie pozbierał się po rozpadzie duetu Pocahaunted, powinien zapoznać się z albumem zespołu Swahili pod tym samym tytułem. Powolne, pogrzebowe, plemienne perkusjonalia mieszają się tutaj z surowymi, mrocznymi dronami i okultystycznymi zaśpiewami, tworząc ścieżkę dźwiękową dla pogańskiego rytuału odbywającego się gdzieś pośrodku radioaktywnej, postapokaliptycznej pustyni.

Swahili – Soma

„Hardkorowym” dronowcom i minimalistom z pewnością spodoba się twórczość „supergrupy” Portraits, w której skład wchodzi 10(!) członków, między innymi, Jefre Cantu-Ledesma, Jon Porras i Evan Caminiti (czyli duet Barn Owl). Winyl „Portraits” to trzy kompozycje czerpiące z dorobku ojców muzyki drone, takich jak La Monte Young, Marian Zazeela, Tony Conrad, John Cale czy Yoshi Wada. Trudno dopatrzeć się w tych trzech monolitach pracy aż dziesięciu ludzi, choć masywna ściana dźwięku skutecznie pochłania i oddziela słuchacza od reszty świata, dając mu wrażenie, że czas się zatrzymał. Skrzypce mieszają się z gongami i sitarami, a długie zaśpiewy współgrają z syntezatorami. Mocna rzecz, choć z pewnością dużo lepiej brzmi na żywo niż na płycie.

Portraits – D (fragment)

Fani psychodelicznego folku w swojej najbardziej psychodelicznej, odjechanej odmianie powinni zapoznać się z rewelacyjną kasetą Planets Around the Sun pod długaśnym tytułem „Ram of Hearth and the Earthen Chariot”, wydaną na kasecie przez belgijską oficynę Sloow Tapes. Taśma zawiera niesamowite 75 minut podróży przez mniej lub bardziej spójne hipisowskie jazdy i swobodne jamowanie, przypominające najlepsze momenty Silvester Anfang czy Sunburned Hand of the Man. Nowa Dziwna Ameryka nadal żyje.

Planets Around the Sun – Water Dub

Również tajemniczy duet Rain Drinkers kontynuuje tradycje zarówno współczesnej „Nowej Dziwnej Ameryki” jak i dawnej, zapomnianej „Starej Dziwnej Ameryki”, filtrując tradycyjne amerykańskie folkowe instrumentarium przez pryzmat muzyki drone i ambient i tworząc rozległe, emocjonalne impresje. Na najnowszym albumie, „Yesodic Helices” duet maluje obrazy rozległych prerii i surowych warunków doświadczanych przez amerykańskich pionierów brzmiąc jak Barn Owl, które zamieniło elektryczne instrumenty na (między innymi) skrzypce i gitary akustyczne. Są momenty, podczas których album brzmi jak alternatywna ścieżka dźwiękowa do „Zabójstwa Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć o albumie „Sorcery/Geography” Francuza Maxime Vavasseura, tworzącego pod pseudonimem Witxes. Masywny, chropowaty ambient w duchu Tima Heckera służy jedynie jako podstawa do szerszej muzycznej eksploracji – monolityczne, ciężkie drony mieszają się z przydymionym jazzem w stylu Angelo Badalamentiego, a okazjonalne glitche wyjawiają powolne fortepianowe melodie i porażająco smutne gitarowe pasaże. Choć wyszło latem, Francuz miał wyraźnie na myśli nadchodzącą zimę.

Witxes – Unlocation

Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl