Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.

The Weeknd – Echoes of Silence

n/a, 2011

Kiedy wszystkie zagraniczne podsumowania zostały już opublikowane, Abel Tesfaye wrzuca do sieci Echoes of Silence, finałową część trylogii, a zarazem swoje najlepsze dzieło. To był bez wątpienia jego rok. Trzy albumy, wszystkie trzy na bardzo wysokim poziomie, wszystkie trzy za darmo, bez wsparcia żadnej wytwórni. Setki tysięcy słuchaczy zgromadzone dzięki internetowemu buzzowi i jakości kawałków. Dzisiaj doszliśmy do końca tej opowieści i wyczekujemy nowej, o The Weeknd jako gwieździe światowego formatu. To tylko kwestia czasu. Trzeci mixtape otwiera fantastyczna przeróbka/hołd dla “Dirty Diany” Michaela Jacksona i chciałbym odebrać to wykonanie jako brawurową próbę zawłaszczenia opustoszałego chwilowo tronu. Wszystkie trzy wydawnictwa krzyczą na odległość o potencjale, pełen emocji śpiew Tesfaye’a znamy już od dawna, przepełnione patosem fragmenty mogłyby poruszyć pełne stadiony. Na najnowszym krążku jednak wspaniały popis dają producenci, oferując wokaliście zestaw cudownie minimalistycznych i grających ciszą kompozycji, z wyraźnie zatapiającymi się w niej dźwiękami perkusji, pogłosami i krystaliczną czystością pojedynczych dźwięków. Tym razem jest dużo ciężej w odbiorze, mniej piosenkowo. Oszczędność owocuje niezwykle chłodną i tajemniczą aurą oraz spójnością, która pomaga się odnaleźć w posępnych meandrach ciemno brzmiącego pianina. Takiego dobrego wrażenia w nie udało się zrobić ani Jamesowi Blake’owi, ani Nicolasowi Jaarowi, ani też całej reszcie kolędujących przystojniaków. Rewelacyjnie brzmi wyprodukowane przez Clamsa Casino “The Fall” zbudowane wokół ściany niosących się głęboko handclapów, w pamięci zostaje ziarnisty syntezator “D.D.” kontrastujący ze świetlistym klekotem i mechanicznymi bębnami, a najlepiej prezentuje się chyba “Initiation” ze swoim złowieszczym dwudźwiękiem przewijającym się w tle i wiszącym groźnie nad konstrukcją futurystycznego r&b. Najbardziej fascynujące jest jednak to, że The Weeknd wciąż zaledwie startuje i dopiero niedługo będziemy zbierać prawdziwe żniwa zakrojonego z niezwykłym rozmachem projektu.

„D.D.”

Tags: Rekomendacje

Floating Points – Shadows

Eglo, 2011

EP-ka, choć długością przypomina nie jeden dzisiejszy album. Shadows to Floating Points u szczytów kreatywności, rozkosznie kawiarniany, grający ciszą i wykorzystujący kojące progresje akordów, skaczące rezolutnie nad subtelnym beatem. Dziesięciominutowy otwieracz w postaci “Myrtle Avenue”, to megapozytywna i bardzo minimalistyczna fuzja ambient house’u z boogie funkiem, nieśpieszna, niebojąca się zrobić sobie minutowej przerwy poświęconej na delikatne plumkanie, płynąca w sobie tylko znanym kierunku. Trudno przypiąć jednak wydawnictwu jakąś łatkę. Kolejne na trackliście “Realise” kieruje się w rejony garage’u. Nad jego przetasowanym rytmem króluje jednak podobna wrażliwość, wyrażona pojedynczymi motywami klawiszy unoszącymi się w czystej jak łza produkcji, uwydatniającej ładne teksturki falujące między uderzeniami. Dalej mamy jeszcze odrobinę techno w postaci “ARP3”, równie melancholijnego i rozmiękczonego figlarstwem pianina, którego wysoki ton wspaniale odbija się od głębokiego pomruku syntezatora. Shadows koi, korzystając z nieważne której odnogi muzyki tanecznej, zawsze tworząc wysmakowaną jej odmianę, nastrojową i pełną wdźwięku, fascynującą swoją ciemną barwą. Nie wiem czy słuchałem w tym roku czegoś równie zrelaksowanego i pewnego siebie, a jednocześnie wspaniałego muzycznie i utkanego z tylu dobrych momentów.

„Realise”

Tags: Rekomendacje

0311 – The Experience

Concrete Cut, 2011

The Experience, finałowa pozycja w tegorocznym katalogu Concrete Cut, brzmi naprawdę ładnie, urzekając swoją głębią i rozległą przestrzenią. Tytuły (“Warsaw Dream”, “White Shadows”, “Late Nite”) nasuwają pewien post-bevanowski obraz miasta nocą, opustoszałego i oświetlonego zaledwie kilkoma latarniami, ale muzycznie skojarzenia niosą mnie raczej ku ostatnio często słuchanej płycie Sepalcure (garażowa rytmika, sample wokalne) i muzyce dub techno (otchłań dźwięków i pogłosów). Spowity ciepłym szumem “System” stanowi bardzo dobre wprowadzenie w EP-kę, dając chwilę na wczucie się w klimat i wrzucając nagle charakterystyczny, przetasowany rytm, rozpływający się w gęstwinach tekstur i wynurzający się kilkukrotnie, równie zręcznie. Wokale ograniczają się w tym kawałku jeszcze do skromnych mamrotów zagubionych pomiędzy warstwami, ale już samplujące “Spotlight” Jennifer Hudson “It’s Not True” czy “White Shadows” z “Take a Bow” Rihanny, wykorzystują pełen potencjał pożyczonych głosów, tnąc je, zmieniając ton, układając według potrzeb i konstruując piosenki. Opisując jeden kawałek praktycznie opisałem wszystkie, zwiewna, złożona góra, stabilny dół ozdobiony delikatnymi perkusjonaliami, echo, wokale… Ułożenie tych elementów, przede wszystkim głosów, sprawia, że wydawnictwo, mimo sprawiania wrażenia doświadczenia całościowego, broni się podzielone na fragmenty. Znakomite dwadzieścia minut klimatycznych garage’owych mgiełek.

„White Shadows”

Tags: Rekomendacje

Rihanna – Talk That Talk

Def Jam, 2011

Im dłużej słucham tego jak handclapy a’la “Baltimore Clap” Bengi wyłaniają się ze zgiełku wiercącego wobble’a i acidowego bulgotania, prowadząc do pasażu w stylu akustycznego trance’u i finałowej eksplozji sacharynowego dance popu kierowanego na areny i stadiony, tym bardziej nie mogę uwierzyć, że obok tak odważnych kawałków, jak opisane “Where Have You Been”, pojawiają się obrzydliwe finały w postaci “Farewell”. Ckliwe, przerysowane i plastikowe zamknięcie to na szczęście jedyna wpadka na Talk That Talk, szóstym albumie, coraz lepszej z płyty na płytę, Rihanny. Po stosunkowo grzecznym Loud, Bajanka prezentuje kilka z najcieższych utworów w swoim dorobku, chętnie korzystając z głębokiego basu, ostro ciętych wokali i sugestywnych repetycji, uzupełniając warstwę instrumentalną rozerotyzowaną treścią. Ale obok rozpalonego “Birthday Cake”, odsyłającego do Rated R “Roc Me Out” i łączącego karaibską pasję z głębokim r&b “Cockiness (I Love It)” jest miejsce na lżejsze i ładniejsze klimaty. Die hardzi The XX będą protestować, ale lekko podkręcone “Intro”, które przerodziło się w “Drunk on Love” brzmi wspaniale. “We Found Love” to jedna z lepszych piosenek ostatnich miesięcy, pełniący rolę tegorocznego “Only Girl (In the World)” singiel, to czołówka nośnych i chwytliwych rzeczy, które wyszły spod ręki Calvina Harrisa. A jest jeszcze otwierające i pozytywne podejście do popstepu w postaci “You Da One”, featuring Jaya-Z w utworze tytułowym, tym razem dużo bardziej sensowny niż w “Umbrelli” i zwiewne “Watch ‘n Learn” z miłą dla ucha współgrą basu i beatu. Dużo pomysłów, porzucenie mroczniejszych tematów na rzecz bezrefleksyjnej rozrywki zdecydowanie na plus, dominacja list przebojów pewna. Niezal tańczy i śpiewa.

„Where Have You Been”

Tags: Rekomendacje

Pinch & Shackleton – Pinch & Shackleton

Honest Jon’s, 2011

Nazwiska współpracujące na tej płycie robią wrażenie, ale słuchając albumu można odnieść wrażenie, że równie dobrze mógłby być dziełem samego Shackletona, który dość dobrze znany jest ze swojej duszy eksperymentatora oraz poszukiwań audialnych na terenie dźwięków niepokojących. Zwrot w stronę brzmień bardziej ambientowych nie byłby więc zaskakujący. Nie wiem więc, jaka była rola Pincha, który odszedł w ostatnich latach trochę w zapomnienie, ale efekt końcowy jest znakomity. Nie ma tu w ogóle dubstepu, wspólny album brytyjskich producentów przypomina raczej dokonania ekipy z Modern Love, pobrzmiewają echa Demdike Stare czy Andy’ego Stotta, ale wyraźny jest też charakterystyczny dla Shacka bliskowschodni sznyt i płynna, hipnotyczna gra na tomach. Kolejne kawałki zlewają się ze sobą, tworząc blisko godzinne doświadczenie, wybitnie transowe, mamiące subtelną polirytmią ułożoną z cyknięć, handclapów i głębokiego beatu. Siatkę rytmiczną uzupełniają oczywiście zapętlone sample wokalne przypominające wyrywki medialnych transmisji czy folklorystyczne wstawki wybijające się na tle posępnie buczących dronów. Sprawa jest więc prosta, kochacie nową falę brytyjskiego post-techno dark ambientu opartego na mrocznych samplach, kochacie Skull Disco i ich turpistyczne wizje – Pinch & Shackleton się spodobają.

„Burning Blood”

Tags: Rekomendacje

A$AP Rocky – LIVELOVEA$AP

n/a, 2011

Nie przekonują mnie do końca raperzy z nowej fali inspirowanej południem, sizzurpem i psychodelią. Świetne bity niestety nie idą w parze z równie interesującą postacią, flow czy charyzmą. W ostatniej kategorii A$AP Rocky wypada najlepiej, ale nie jest to osobowość, która moim zdaniem mogłaby się utrzymać na mainstreamowym rynku. Kontrakt na trzy miliony wydaje się być tylko bezczelną zagrywką mającą wzbudzić zainteresowanie. Z drugiej strony nie tacy przezroczyści ludzie już robili kariery. Gwiazdą wydawnictwa i przyczyną, dla której Rocky ląduje w rekomendacjach jest wspaniały Clams Casino. Jego genialne podkłady robią praktycznie cały krążek i asapowe nawijanie o niczym nie jest w stanie przerwać transmisji new age’owego błogostanu projektowanego przez delikatne tła utkane przez Clammy’ego. Stworzone przez niego „Palace”, „Bass”, „Wassup”, „Leaf” i „Demons” to zdecydowanie najlepsze kawałki na mixtape’ie, przy czym pierwszy, nieco chrzęszczący i oparty na podniosłym samplu chóralnym, i ostatni, z wyraźnie pozostawioną melodią, to ścisła czołówka dotychczasowych dokonań producenta. Reszta bitmejkerów stara się jakoś aspirować do tego poziomu i choć LIVELOVEA$AP trwa około godziny, dzięki eterycznemu charakterowi płynie bardzo szybko, wciągając do swojego, unurzanego w purpurowej mgiełce, świata w stu procentach. A raperzy może jeszcze się wyrobią, młodzi są.

„Demons”

Tags: Rekomendacje

Main Attrakionz – 808s & Dark Grapes II

Mishka NYC, 2011

Clams Casino produkuje tylko jeden kawałek na ostatnim albumie duetu Main Attrakionz, ale jego wspaniały styl zwiewnego podkładu unosi się nad całością wydawnictwa. Zastęp bitmejkerów zadbał o to, by wszystkie kawałki epatowały eteryczną aurą osiąganą za pomocą niskich temp, rozmywających się dźwięków klawiszy i wokalnych sampli układających się w zwiewne tekstury. Swój żanr Squadda B i Mondre Man nazwali cloud rapem i choć do psychodelicznych odjazdów Clouddead im daleko, produkcja charakteryzuje się pewnym narkotycznym nimbem, a przyjemne upojenie podkręca zdecydowanie flow obu panów mający konsystencję syropu na kaszel. Purpura w dalszym ciągu fascynuje i nawet bangery takie jak “Nothin’ Gonna Change” (kapitalny, wysoki sampel wokalny kontrastujący z twardo zarapowaną zwrotką) sprawiają wrażenie bycia nieco w slo-mo. Najlepiej w zestawie prezentuje się kawałek ze wspomnianym Clamsem, gdzie gościnnie udziela się wschodząca gwiazda A$AP Rocky. “Take 1” to kwintesencja nowej formy, idealnie wyważenie przyziemnej treści z niebiańskimi dźwiękami. Całą złość i agresję wybiela subtelna poświata sampli. Czysta perfekcja zostawiająca mnie błagającego o więcej. Niestety inne kawałki próbują eksperymentować z innymi stylami, proponują trochę oldskulowego samplingu (“Chosen”), komercyjnej pracy syntezatorów (“That’s Life”) czy totalnych eksperymentów (“Vegetables”). Mimo tego rozstrzału w drugiej części krążka, 808s & Dark Grapes II jest świetnym doświadczeniem i rozpaliło na chwilę zainteresowanie rapem. Całość można pobrać za darmo.

„Take 1 (feat. A$AP Rocky)”

Tags: Rekomendacje

Björk – Biophilia

One Little Indian, 2011

Björk na mody się nie ogląda i raz wychodzi jej to raz lepiej (rewelacyjna Medúlla), raz gorzej (mierna Volta). Szczęśliwie, Biophilii, bliżej do pierwszej z wymienionych płyt. Również w kwestii palety brzmień, choć stworzonych w zupełnie inny sposób, bo za pomocą iPada, to jednak charakteryzujących się pewną podobną surowością i równie mocno trzymającym w napięciu minimalizmem. Muzyka to w przypadku tego albumu zaledwie część doświadczenia, ale influencję interaktywnego projektu multimedialnego niech ocenią za kilka miesięcy spece od nowych technologii. W kwestii utworów, Islandka stawia na niezwykłą przestrzeń kompozycyjną i pokłady dramatyzmu, choć w niektórych kawałkach, jak w przepięknym “Cosmogony” opartym na falujących podniośle warstwach delikatnego ambientu wspartego głębokim dźwiękiem bębna, czuć wyraźnie fascynację autorki tematem i radość z możliwości opisania zjawisk natury. Rozbraja to nieco poważny ton i przybliża słuchacza choć odrobinę do ludzkiego pierwiastka zagubionego nieco przy takim rozmachu przedsięwzięcia. Ciekawe, że mając taki przedmiot uwagi, wydawnictwo brzmi dość syntetycznie i nawet dźwięki organów czy harfy zlewają się z siatką oszczędnych teł i delikatnych beatów, zastanawiając czy czasem też nie powstały na tablecie. Kontrowersyjnym wyborem było dodanie drum & bassowego beatu w “Crystalline”, równie niecodziennie brzmi stylizowana na najntisowy idm syntetyczna młócka w “Mutual Core’, ale w dobie powrotów i wskrzeszeń, takie odświeżenie nieco innych rejonów jawi się dobrym krokiem. Eksperyment się udał, przyjemność z odsłuchu rośnie z każdym kolejnym razem i dobrze słyszeć, że naczelna ekscentryczka Islandii wróciła do formy sprzed blisko dziesięciu lat.

„Cosmogony”

Tags: Rekomendacje

Kuedo – Severant

Planet Mu, 2011

Chicagowskie rytmy rozprzestrzeniły się w Europie na dobre. “Nasza” wizja juke’ów i footworków różni się jednak znacznie od oryginalnej i Kuedo (czyli Jamie Teasdale z uznanego dla sceny brytyjskiej duetu Vex’d) bardzo udanie pokazuje, jak czerpać inspiracje i tworzyć nową jakość. Jego tempa są spokojniejsze, stawia on zdecydowanie bardziej na atmosferę i gdyby szukać pewnych analogii, Severant można by nazwać Untrue juke’u. Podobnie jak Room(s) Machinedruma, gatunek przedstawiony jest w miękkiej odsłonie house’ującego garage’u, nostalgiczny charakter jest pociągnięty jednak dużo wyraźniej i krążkowi zdecydowanie bliżej do ambientowego końca spektrum, wypełnionego mieniącymi się pasażami, odsyłającymi do fali pierwszych syntetycznych eksperymentatorów. Miejska melancholia wyrażona jest za pomocą iście filmowych środków, przestrzennych plam i nasączonych emocjami, sielskich linii klawiszy, które rozmiękczają chaotyczny terkot charakterystycznej rytmiki. Momentami, jak w przypadku chociażby “Onset (Escapism)”, wkradają się dźwięki bardziej pompatyczne, czasem Kuedo stawia na otwarcie na przebojowość i wysuwa rytm na pierwszy plan (“Scissors”, “Flight Path”), ale nawet wtedy dominuje soundtrackowość i krążek łatwo wpisać w retrofuturystyczny nurt muzyki tęskniącej za dobrym kinem science fiction. Bliżej więc Severant do chociażby New Age Outlaws Dylana Ettingera, niż do wygibasów Spinna i Rashada. Do każdego z utworów można dopasować sceny klasycznego kina nurtu, ale nie trzeba być fanem, by album polubić.

„Scissors”

Tags: Rekomendacje

Luomo – Plus

Moodmusic, 2011

Sasu Ripatti ma trochę pecha, że wystartował z house’ową działalnością pod szyldem Luomo od tak genialnej płyty jak Vocalcity. Przyznajcie się, kogo z was interesują kolejne płyty Fina w obliczu tych wspaniale głębokich i zmysłowych beatów sprzed jedenastu lat? Tymczasem po wielu eksperymentach z formą i bez schodzenia poniżej pewnego poziomu, ukazuje się Plus, chyba najlepszy krążek od czasu debiutu. Brzmienie jest tym razem, w porównaniu z ostatnią, “popową” pozycją, nieco bardziej surowe i techniczne, czerpiące zarówno z trendów ostatnich miesięcy, jak i otwarcie sięgające po spuściznę Chicago. Mimo sporego, trademarkowego już, rozciągnięcia w czasie poszczególnych kawałków, zróżnicowanie stylistyczne i olbrzymia przejrzystość sprawiają, że płyty słucha się bardzo dobrze. Trzeba też wspomnieć o niezwykle równym poziomie kolejnych kawałków i pewnej charakterystycznej aurze, która się nad nimi roztacza. Dzięki pracy pulsujących syntezatorów i robotycznej monotonii w strefie wokalnej, nawet bardziej gorące momenty, jak szykowne “How You Look?” z cudownie mruczącym basem czy “Happy Strong” oparte na rozbrykanej linii klawiszy, sprawiają wrażenie majestatycznie chłodnych i odległych. Najciekawiej w tym mroźnym zestawie prezentują się, kojarzący z synth popową wyniosłością sprzed dekad, ponad dziewięciominutowy “Good Stuff” oraz “Immaculate Motive”, chyba jedyny utwór, gdzie emocje biorą górę i pierwiastek ludzki przysłania gęsto zapełnioną siatkę uderzeń, blipnięć i burknięć, z których utkany jest urokliwy podkład. Nie wiem, czy przy obecnym tempie w jakim pędzi internet, Ripatti jest jeszcze w stanie zwrócić na siebie uwagę dłużej niż na pięć minut, ale przy tak udanym krążku byłoby to bardzo niesprawiedliwe gdyby mu się nie udało. Skasujcie Vocalcity choć na chwilę.

„How You Look”

Tags: Rekomendacje

Mi Ami – Dolphins

Thrill Jockey, 2011

Mi Ami to jeszcze do niedawna najciekawszy zespół punkowy ostatnich lat. Eksplodujący energią, fascynujący żrącymi partiami gitary, które targane spazmami zlewały się w pięknie chaotyczną masę. Nad Kalifornią pojawiła się jednak parę dobrych miesięcy temu inspirująca fala muzyki house, co w połączeniu z odejściem z grupy basisty, zaowocowało zmianą priorytetów Daniela Martina-McCormicka i Damona Palermo o sto osiemdziesiąt stopni. Na Dolphins w dalszym ciągu obaj są wulkanami niespożytej energii i wszystkie cztery kompozycje porywają do tańca zaraźliwym groove’em, ale zupełnie zmieniła się materia. Mi Ami to teraz zespół syntetyczny, nawiązujący w równym stopniu do disco, co do synth punka. Zmiana kontrowersyjna, ale w kontekście przemian na lokalnej scenie zrozumiała i niezwykle interesująca. Potwierdzeniem sukcesu transformacji jest nowa wersja “Echonoecho” z debiutanckiego krążka. Zatytułowany teraz po prostu “Echo” kawałek to ośmiominutowy hicior oparty na tłustym baslajnie, rozwijający się powoli, ale od samego początku przypominający o korzeniach za sprawą nerwowego i piskliwego wokalu McCormicka. Gdy pojawia się podniosły moment klawiszy, kontrastuje on przez moment z prostą łupanką beatu, ale po chwili mamy jeden zryw, pauzę, drugi zryw i elementy zaczynają układać się w falujące parkietowe monstrum oszałamiające repetycją kluczowej frazy. Klubowej energii w rockowy sposób nie oddał chyba nikt tak dobrze od czasu LCD Soundsystem coverującego “Throw”. W tamtym przypadku jednak nie powstawała nowa jakość i brakowało tego młodzieńczego entuzjazmu, który sprawia, że do Dolphins wraca się nader chętnie.

„Echo”

Tags: Rekomendacje
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl